Nasze nurkowanie – wycieczni i kursy nurkowe

2014 Borneo - RELACJA

W telegraficznym skrócie ...

Byliśmy na Borneo, na nurkowanie jeździliśmy aż pod Filipiny.

Codziennie łódka i 3 jumpy do wody, a w międzyczasie wygrzewanie dupek na piaszczystych dzikich lagunach.

Jak przeżyłam nurkowania to sobie pomyślałam, że największe wyzwanie i wysiłek mam już za sobą ….   
ale to była dopiero zapowiedź zbliżających się przygód i wysiłków……
…. z nurkowań popłynęliśmy łódkami rzeką do serca dżungli i zamieszkali w obozie usadowionym na granicy 2 rezerwatów… 

Obóz był zbudowany na palach ( bo podłoże to były mokradła i bagna)…chodziło się po podestach, mieszkaliśmy w budkach ( nie było drzwi i okiem), spali na podłodze owinięci w moskitiery….rzeczy trzymaliśmy w plastikowych zakręcanych pojemnikach, żeby małpy i szczury zwane „dżungle mafia’, nie korzystały z naszych kosmetyków i innych używek… bo mogłyby wypić szampon i wykąpać się w wódce.

 Łazienkę stanowiły 3 wielkie baniaki ustawione na podeście. Żeby się wykąpać trzeba było ubrać się w strój, polać woda z butelki, namydlić- gmerając w gaciach (robiliśmy to publicznie i zbiorowo) i znowu polać wodą z  butelki… Nad głowami rozciągał się gęsty dach z liści , a ponieważ woda z bagien parowała było niezwykle parno…..to sprzyjało rozmnażaniu się i ciągłym nieustannym atakom armii komarów… cały obóz pachniał repelentami…mimo to wszyscy pokąsani drapali się na okrągło…

W trakcie pobytu odbyliśmy 5 wycieczek ( nocnych i dziennych) po dżungli oraz po rzece…żeby popodglądać dzikie życie…..

 ….było tam wiele zwierząt…bo lasy wydawał  tysiące dzikich dźwięków, świstów, mlaskań, krzyków, cmokań i pisków…jednak sytuacja wyglądała tak, że to te zwierzęta obserwowały nas, a nie my je …

…miałam wrażenie że my zostaliśmy przywiezieni dla ich rozrywki, a nie że one są tutaj dla naszej..

…z dżungli pojechaliśmy ….na wspinaczkę górską… przez 2 dni wchodziliśmy ( caaaały czas pionowo) i schodziliśmy ( też caaaały czas pionowo)… góra miała 4095 m i „pokonała” nawet największych twardzieli…tzn. większość osób, która wyruszyła na wspinaczkę zdobyła szczyt i zobaczyła wschód słońca na górami…jednak zakwasiory, które „zagościły” w naszych członkach dolnych na wiele dni były zjawiskiem trudnym do zaakceptowania…

Na sam szczyt zaczęliśmy wspinaczkę o 2 w nocy, każdy z nas miał czołówkę na głowie.. więc przed naszym wzrokiem rozciągała się niekończący się wąż światełek do nieba ( to byli Ci którzy wyruszyli przed nami).

Po zejściu z góry i wielu dniach tułaczki doczekaliśmy zasłużonego dnia wakacji… Była plaża, piwko,  pluskanie i polegiwanie w wodzie, chłopaki mogli w końcu popodglądać prze lornetkę, inne niż „grupowe”, dziewczyny w negliżu….nastąpił czas szczęścia, dobrostanu, relaksu i spokoju…

..jednak błogostan nie trwał długo…kolejny dzień o godzinie 5 rano wyruszaliśmy ponownie do serca dżungli, gdzie wsadzono nas na pontony i ruszyliśmy rwącymi nurtami górskiej rzeki na rafting….

 …podziwianie pięknych widoków…przerywały chwile walk z „żywiołem”, kiedy przepływaliśmy przez kolejne pełne fal i wirów progi….chłopaki cieszyli się jak „murzyn blaszką”, ja z kwaśną minką modliłam się żeby nie wypaść  z pontonu przy kolejnych strzałach fali po paszczy…

mieliśmy spłynąć  10 km, ale zepsuły się tory i kolejka, która miał po nas przyjechać nie maiła jak dotrzeć…więc dwukrotnie wracaliśmy na rzekę w efekcie pokonując 30 km…

Zmarzniętych i  przemoczonych do suchej nitki wyrzucono nas w środku dżungli z informacją , że trzeba czekać… w naszych chłopakach obudził się instynkt przetrwania i dusza trapera – rozpalili ogromne ognisko, żeby oni i babki z ich stada mogły sobie podgrzać i osuszyć dupki….

…po jakimś czasie chłopaki z innych grup ( Azjaci itp.) …przyszli z uprzejmą prośbą o odstąpienie ognia…polska myśl ogniowa „zaraziła” inne nacje…

Mokre zostały tylko muzułmanki ( całe od stóp do głów w przemoczonych szmatach, bo ich „przewodnik” się nimi nie zaopiekował)…

Wróciliśmy z dżungli późnym wieczorem ..a wcześnie z rana wyfruwaliśmy do Hongkongu…

Po drodze zaliczyliśmy jeszcze Makao (Azjatyckie Las Vegas) i wizytę w salonach gier ( gdzie Chińczycy przepuszczali kasę – oni chyba hazard mają we krwi)…a potem to już fruuuuu do domku.

    … no i właśnie tak to wyglądało…